Niby są świętości, których się nie rusza. Seria „Naga broń” wydawała się być jedną z nich – niepodrabialna, nie do powtórzenia, szczególnie bez Lesliego Nielsena, którego nie ma z nami już od piętnastu lat. Ale kiedy za nową wersję biorą się odpowiedni ludzie rozumiejący i szanujący oryginał, gwiazdą zostaje świetny aktor o takich samych inicjałach (!), a za kamerą staje dobry i doświadczony reżyser, to całość ma prawo się udać. Taka była moja pierwsza myśl po zobaczeniu zwiastuna.
Reboot „Nagiej broni” wydawał się nikomu niepotrzebny, ale twórcy mieli całkiem dobry i naturalny pomysł. Frank Drebin wprawdzie nie żyje, ale jego syn (w trzeciej części oryginalnej trylogii Frank Junior pojawił się nawet w jednej scenie) poszedł w ślady ojca i też pracuje w policji – w podobnym stylu i z podobnie tragicznymi skutkami. Zresztą okazuje się, że potomkowie prawie wszystkich bohaterów oryginału pracują w służbach. Nawet syn Nordberga, co stało się okazją do opowiedzenia świetnego żartu już w pierwszych scenach.
Aktualnie Liam Neeson jest nawet parę lat starszy, niż Nielsen był na planie „Nagiej broni 33 1/3”, ale skłonność do wygłupów przed kamerą panowie współdzielą, chociaż oczywiście do nieżyjącego aktora gwieździe „Uprowadzonej” trochę brakuje. Za to mocno związany z „Saturday Night Live” reżyser Akiva Schaffer („Straż sąsiedzka”, „Gwiazdorskie życie” „Chip i Dale: Brygada RR”) dobrze czuje konwencje i udanie prowadzi swojego głównego aktora, wyciskając co się da z szeregu głupkowatych scen.
Humor – to chyba najważniejsza kwestia. Od początku czuć tu ducha oryginału, co ma swoje plusy i minusy. Na pewno nie jest to świętokradztwo, gwałt na świętościach czy skok na kasę. Przeciwnie – wiele scen z tego filmu mogłoby powstać w latach 80. i 90.. No ale właśnie, jest i ryzyko, bo humor ten się nieco zestarzał i na przestrzeni lat zmienił się jego odbiór. Z jednej strony znajdziemy tu więc rewelacyjne i prześmieszne gagi, z drugiej są i te, które nie wywołują nawet półuśmiechu. I niestety tych drugich jest nieco więcej niż w poprzednich częściach.
Pierwsza połowa filmu jest świetna. Neeson odgrywa wszystkie absurdalne gagi z poważną miną, zupełnie jak robił to Nielsen. Można bawić się świetnie, a nawet przypomnieć sobie odczucie, jakie towarzyszyło seansowi oryginalnej trylogii. Nieco gorzej jest w drugiej części, kiedy górę bierze totalny chaos i rozpierducha, nad którą ciężko zapanować. Robi się mniej śmiesznie, a bardziej absurdalnie, a jedyną przyjemność zaczyna dawać patrzenie na obsadę.
Podobnie jak w oryginalnej trylogii, tak i tutaj do roli złoli zatrudniono obytych i charakterystycznych aktorów. Danny Huston i Kevin Durand sprawdzają się w tej roli idealnie, a na drugim planie błyszczy jeszcze CCH Pounder, znana z roli Claudette Wyms w „The Shield: Świat gliniarzy”. Warto też zwrócić uwagę na występ Pameli Anderson, która w większych rolach pojawia się aktualnie bardzo rzadko (nie licząc ubiegłorocznego „The Last Showgirl”).
Całość robi o wiele lepsze wrażenie, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Fabuła jest unowocześniona (nowe technologie, smart-urządzenia, dynksy jak w filmach o Bondzie), ale ma też ten oldschoolowy vibe. Może to i najsłabsza na razie część serii, ale nie znaczy to, że mamy do czynienia z kiepskim filmem. Przeciwnie, czekam, by sukces kasowy i artystyczny przyczynił się do powstania jeszcze lepszych i odważniejszych sequeli.


