Andrzej rozpoczynał dzień pracy słuszną porcją berbeluchy własnej produkcji. Tym razem było inaczej, gdyż tego dnia ukończył czterdzieści siedem lat, zatem słuszna porcja przybrała rozmiar pół litra. Tak przygotowany wyszedł z baraku. Na zewnątrz musiał panować mocny wiatr — tak nim zawiewało. Okazało się, że przyczyna była nieco inna i sami już wiecie jaka.
Andrzejek ruszył na stanowisko pracy. Doczłapał do brygady szalującej ścianę. Wlazł po ankrach na spięte nimi czterometrowe szalunki, po czym runął w dół, aż chmura kurzu się uniosła. Tylko śmiech solenizanta świadczył o tym, że na razie wszystko jest ok.
Jak on to przeżył, nie mam pojęcia. Mówią, że ciało pijaka jest gumowate, kości inaczej się układają i takie tam dziwne opowieści. Jak dla mnie tajemnica tkwi w ewolucji. Andrzej jest trochę podobny do małpy, a te są niezwykle zwinne, więc może mu coś po przodkach pozostało.
Po upadku z szalunków Andrzejek otrzepał się, zaśmiał, charchnął krwią i krzyknął „Ha! Ladaco!” Dał paluszkiem znak, by wszyscy poczekali, on zaraz wróci. W sumie nikt nie zwracał na niego uwagi. W końcu był tylko pomocnikiem, a tacy są zawsze do zastąpienia, co bardzo szybko okazało się prawdą.
Aby to udowodnić Andrzej postanowił pójść do baraku po kolejną flaszkę berbeluchy, jednak uznał, że warto udać się na skróty. Polegały one na tym, że nieopodal był element stropu, potem pusta przestrzeń, w jaką jeśli wlecisz, to już raczej nie wrócisz, i dopiero później kolejny element stropu.
Jak pomyślał, tak zrobił i tylko takie dziwne „I!” świadczyło o tym, że deska po której szedł okazała się węższa, niż się mu wydawało. W ostatniej chwili złapał za wystający pręt, ale kiedy wygramolił się, łeb miał zdrowo pokrwawiony.
Ale to nie koniec urodzin, bo majster Zbysio, będąc szwagrem szefa, zadzwonił po niego, ruszył szturmem na solenizanta i zamiast złożyć mu urodzinowe życzenia, wręczył mu wiązankę wyzwisk. A że był furiatem, szybko zeszli się z terenu całej budowy pozostali biesiadnicy.
Znikąd pojawił się szef, który czym prędzej spakował Andrzeja do samochodu, dał mu w urodzinowym prezencie pięćset złotych i zawiózł na afterparty do domu, ostrzegając, by pod żadnym pozorem nie szedł do lekarza.
I tak Andrzej zrobił. Dwa tygodnie później, gdy już pracował z nami kolejny pomocnik, spotkałem Andrzeja na mieście. Ten umięśniony blisko pięćdziesięciolatek ledwo szedł przez miasto. Uśmiechnął się na mój widok i, na pytanie co będzie teraz robił, odpowiedział:
— Wiesz co, Przemuś, chyba wrócę do ściągania haraczy…
— Andrzejku, ty skarpetki nie jesteś w stanie ściągnąć bez bólu, a haracz chcesz ściągnąć? Z której babci?
— Przemuś, ściąganie haraczu to psychologia — odparł z miną niepełnosprytnego Andrzejka, a na poparcie swych słów skierował paluszek wskazujący na swój siny łeb. Gestem dłoni wskazał na ławkę, na której siedliśmy. Pomilczeliśmy parę minut wpatrzeni w powietrze. W końcu Andrzej rzekł:
— Patrz, Przemuś, a mogłem już szykować się na emeryturę… ech… człowiek takie głupoty w życiu robi…
Spojrzałem na niego, nie rozumiejąc nic z tego, co mówi.
— Kiedy przyjechałem do Lubina, poszedłem do kopalni… To znaczy miałem iść do kopalni…
Zaczęło mi się przejaśniać. W końcu mój ojciec w wieku 48 lat przeszedł na emeryturę, gdyż był górnikiem.
— …byłem nawet w kadrach, wszystkie formalności załatwiłem- kontynuował. — To było w piątek, a w poniedziałek miałem stawić się do pracy na Polkowicach Wschodnich.
Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi, zwany dziś Polską Miedzią, swego czasu zatrudniał nawet czterdzieści tysięcy osób z całego regionu. Kopalnie firmy rozsiane były w różnych miejscach wokół Lubina. W przypadku Andrzejka był to jeden z oddziałów znajdujących się pod Polkowicami, zwany Polkowicami Wschodnimi właśnie.
— I rozumiesz, Przemuś, w piątek wieczorem spotkałem się z przyjacielem, ale wiesz, to był taki przyjaciel, że dziś to ja nawet jego imienia nie pamiętam, i ten przyjaciel pracował w Defilu. I namawiał mnie, tak mnie namawiał, no tak mnie namawiał, że w poniedziałek to ja się stawiłem, ale do kadr w Defilu. I co? I wylądowałem tutaj, Przemuś.
Defil był niezwykle prestiżowym zakładem, który dziś nie istnieje. Dolnośląska Fabryka Instrumentów Lutnicznych w Lubinie była producentem: gitar, mandolin, skrzypiec, zabawek muzycznych i mechanizmów pianistycznych. Ten najstarszy w Europie producent w tej branży wydawał się niezniszczalny, niestety w dwutysięcznym piątym roku upadł. Mam sentyment do tego zakładu, bo będąc uczniem Liceum Ekonomicznego, odbywałem tam miesięczne praktyki.
Andrzejek zakładał, że oprze swoją karierę właśnie w tym zakładzie, niestety nikt nie przewidział, co stanie się w przyszłości.
Pożegnaliśmy się, zdążyłem jeszcze tylko grzecznie odmówić zaproszenia na flaszkę berbeluchy i ruszyłem przed siebie.



