Lubin, do którego wróciłem po nawet nie wiem ilu już latach to zupełnie inne miasto niż to, które opuszczałem. Czy gorsze, czy lepsze- sam nie wiem.
Na pewno jest tu czysto i zielono, bardzo zielono i w jakimś sensie koresponduje to z tym, co da się zauważyć w Holandii. To zresztą fantastyczny punkt wyjścia do jakiegoś youtubowego kanału, który wydawało się, że stosunkowo szybko nam ruszy, ale jednak włączył się jałowy bieg.
Wspomniałem o holenderskich echach dzisiejszego Lubina i przyznam szczerze, że zastanawiam się na ile jest to świadoma polityka Roberta Raczyńskiego, a na ile Marek Zawadka, którego związki z Holandią są dosyć wyraźne. No nieważne.
Ale to znowu fajny powód, by porozmawiać przed mikrofonami o zmianach w mieście na przestrzeni lat u o tym, jak nieoczekiwanie może się zmienić pomysł na nie.
Natomiast kompletną zagadką są dla mnie dzisiejsi lubinianie. Nie mówię tego w dobrym lub złym kontekście. Po prostu nie umiem się w tym wszystkim odnaleźć i nie wiem, czy w ogóle odnajdę, ale to już raczej efekt traumy, która nade mną panuje. Uciekam w tłum przed ludźmi, tak mógłbym określić moje kontakty międzyludzkie.
I jasne, brakuje mi rozmów twarzą w twarz, chwil spędzonych na rozmowach o niczym, to jednak boję się ich. Ale to przecież nie jest ani wina Lubina, ani jego mieszkańców. Po prostu tak jest.
I jeśli czegokolwiek mi szkoda, to zbyt szybko upływającego czasu, który można spędzić na wspólnym tworzeniu fajnych rzeczy w dobrym towarzystwie.


