Dawno internetowy Lubin nie miał porządnej dramy ale to co zapowiadało się na klasyczne polityczne bicie piany może skończyć się nieciekawie nie tylko dla Roberta Raczyńskiego ale i jego zaplecza skupionego wokół organizacji nazwanej szumnie „Dumni z Lubina”.
Wróciłem do Lubina po blisko dwudziestu latach, ale szybko zorientowałem się, że można zmienić miasto pod względem inwestycji ale nie da się zmienić mechanizmów, dzięki którym utrzymuje się władzę przez tyle lat. No cóż, jeśli wygrałeś wybory i masz nieograniczony dostęp do pieniędzy oraz despotyczny charakter, to nagle nie zmienisz się w misia Tulisia, prawda? Lubiński system mielenia niepomyślnych ma się dobrze, w końcu jest tu zbyt duża kasa, która powinna wystarczyć dla wszystkich, ale jakoś tak jest, że człowiek zawsze chce więcej i więcej.
I tak było za czasów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, którego liderzy po wygraniu wyborów samorządowych rozpoczęli polowanie na siebie i mimo formalnego podziału tortu nie ustawali we wzajemnych intrygach. Niestety konieczne było zawiązanie porozumienia z ówczesną Unią Wolności, dziś jest to lokalna kontynuacja pod postacią Obywatelskiego Lubina. Do dziś wspominam co prawda z pewnej odległości, bo mieszkałem wtedy w Norwegii karierę złotych dzieci lubińskiej Unii Wolności.
Wszystko było płynne i każdy, kto pamięta tamte czasy z uśmiechem na twarzy rozpoznaje w politykach lubińskiej Koalicji Obywatelskiej zaprzysięgłych lewicowców, którzy obiecywali wierność swojej partii, a w szczególności jej szefom. Och piękne to były czasy i nie zapomnę ich nigdy! Zwłaszcza próby przejęcia publicznego majątku w postaci znacznej części Centrum Kultury Muza.
Do legendy przeszły lewicowe kadry nadzwyczajnej jakości, jak choćby pewien palacz (przypadkowo syn prototypka Roberta Raczyńskiego, jak mówią złośliwi) którejś z kombinackich spółek, który w ciągu doby stał się członkiem rady nadzorczej firmy Energetyka Spółka Specjalnego Przeznaczenia z ograniczoną odpowiedzialnością.
Niestety lewicowa koalicja nie mogła rządzić miastem bez pomocy dzisiejszego Obywatelskiego Lubina czyli ówczesnej Unii Wolności, której jedna z niekwestionowanych gwiazd lśniła nie tylko na firmamencie nieba korupcji politycznej, ale jako spec ds ściągania szpitalnych długów forsowała projekt ustawy, w wyniku której szpitale mogły być przejmowane za długi.
Jeśli o czymś wtedy myślano, to raczej nie o rozwoju miasta. Miasto zwijało się, młodzi ludzie zaczęli wyjeżdżać, czego efekty czujemy do dziś.
Aź przyszedł Raczyński a raczej powrócił, bo wcześniej był już prezydentem Lubina.
Obejrzał sobie „Terminatora”, rzucił:
i wrócił.
Wziął udział w organizowanej w Muzie debacie przedwyborczej, gdzie za przeciwnika miał Piotra Borysa. Spuścił mu wyborczą jesień średniowiecza i w ten sposób miasto stało się jego. Był 2002 rok. Byłem na jednej z tych debat. Odbywała się w małej sali kinowej Muzy. I wiecie, to musiało się skończyć jak skończyło; z jednej strony słodki chłopak, który wyskoczył ze sklepu rodziców do zarządu Lubina i do tej pory tam nie wrócił. Był specjalistą w opowiadaniu baśni z tysiąca i jednej nocy, naprzeciw którego stanął posępny i zdecydowany na wszystko tur, który przyszedł po swoje. I jak sobie zaplanował, tak zrobił.
Wyjął topór ignorując wszelkie zasady „ą ę” walki i odrąbał przeciwnikowi łeb, nasikał do szyi, po czym objął tron. Rozgonił dotychczasową ponadpartyjną szarańczę, która publicznie udawała spór a po godzinach spotykała się, by planować podział tortu. Dużego tortu. Raczyński dał im kopa i bezpardonowo przegonił, bo trzeba było zrobić miejsce dla nowych kumpli.
Myślę, że Raczyński jest jak PiS – szybko się uczy, perfekcyjnie korzysta z dostępnych narzędzi w celu umocnienia i poszerzenia władzy, opanowuje lokalne media, nagradza wiernych, awansuje kolesi i zasoby wykonujące „mokrą robotę”, czyli na przykład zwalczanie prawdziwych i wymyślonych zagrożeń, tych bliższych i dalszych. Jest brutalny. Narzuca bezlitośnie swoją wolę otoczeniu i całym środowiskom nie bacząc na nic i na nikogo wchodzi na coraz to nowe pola. Przy tym wszystkim wprowadza realne zmiany mające rzeczywisty wpływ na ludzi i przyznajmy, że wiele z nich jest korzystnych dla wybranych grup społecznych. Korzysta z badań, szczególnie demograficznych, bo chce wiedzieć w jakim otoczeniu żyje i jak skonstruować rynek usług publicznych oraz inwestycji tak, by najbardziej skorzystały na nich grupy stanowiące jego polityczne zaplecze.
Mając taki wizerunek, zdobyczne lokalne media, chłopców od „mokrej roboty” i wierne zaplecze w postaci stowarzyszenia „Dumni z Lubina” robi co chce, awansuje kogo chce, topi kogo chce. W końcu Lubin nie jest miastem, które oferuje jakieś fajne miejsca pracy. A dla „Dumnych z Lubina” ich dzieci, znajomych i rodzin drzwi do wszystkiego są szeroko otwarte. Ale wiecie, pewne rzeczy trzeba zrobić. Zamykasz więc oczy, zatykasz nos, zaciskasz zęby i robisz czego król oczekuje. Szczerze powiedziawszy sam nie wiem, czy nie zrobiłbym podobnie. Jesteśmy tylko ludźmi, co w mieście takim jak Lubin jest ważne.
Kto lubi literaturę faktu ten pamięta książkę osobistego lekarza Mao Zedonga, który opisywał rządy słynnego lecz niesławnego przywódcy, który tak rotował ludźmi, by ci odgadywali marzenia wodza bez potrzeby wydawania odpowiednich rozkazów. W ten sposób dwór prześcigał się w odgadywaniu myśli wodza i sam z siebie organizował rozmaite, lecz niekoniecznie dobre przedsięwzięcia mające zaspokoić genialnego Mao.
I wiecie, rządzi sobie ten Raczyński naprawdę silną ręką. W tym czasie dosłownie przeorał Lubin, a miasto naprawdę zmieniło się i przyzna to każdy, kto mieszka tu od – powiedzmy pierwszej kadencji Tadeusza Maćkały, o którym dotychczas nie wspomniałem, ale naprawdę nie ma o czym poza tym, że to taka niby rozmodlona wcześniejsza wersja Raczyńskiego. „Jak Tadeusz coś powie, to tak ma być” – opowiadał mi kiedyś znajomy konfederasta, wtedy korwinowiec. I bądźmy szczerzy – na polu inwestycji, Raczyński zrobił dla Lubina więcej niż jego poprzednicy – Maćkała, SLD, UW – razem wzięci.
Strzelam z pamięci: piękne parki, na czele z fantastycznie zrewitalizowaną Strzelnicą. Fantastyczne zazielenienie miasta. Nowoczesna hala sportowa. Przywrócenie Lubinowi kolei. Darmowa komunikacja miejska. Ogród zoologiczny, w którym miałem przyjemność – krótko bo krótko – pracować. Mistrzostwa Europy w badmintonie. Trzy olimpijki w łyżwiarstwie szybkim. Narodowa Orkiestra Dęta. Przywrócenie miasta seniorom, którzy dzięki bogatej ofercie kulturalnej jakby na nowo odżyli. Dolnośląskie Centrum Zdrowia Psychicznego dla Dzieci i Młodzieży. Piękna wystawa poświęcona repatriantom, przy dworcu PKP. Dopłaty do żłobków. Zwolnienie z podatku od nieruchomości.
Wiem. W zerojedynkowym świecie, w którym przeciwnik musi być wrogiem należy go odczłowieczyć i pokazywać, jako zło wcielone. No nie da się. Dziedzictwo Raczyńskiego jest namacalne i łatwo porównać je z osiągnięciami tych, którzy dziś z nim walczą.
Problemem jest to, jak bardzo styl prowadzenia polityki wymieszał się z jej efektami. Brutalny sposób bycia Raczyńskiego kontrastuje z tym, co w naszym mieście zbudował. Przyznam, że mam z tym problem i nie wiem, co dziś o tym myśleć.
Ja tu się urodziłem zatem i perspektywę mam szerszą, ale nie o mnie chodzi. Większym problem jest to, że w roku objęcia tronu przez Roberta Raczyńskiego Lubin liczył 81 tysięcy mieszkańców a dane za grudzień 2025 roku mówią o 61,5 tysiąca mieszkańców. Liczba zgonów już dawno przekroczyła liczbę urodzeń. W mieście dominują seniorzy i górnicy, a młodzi czekają aż ukończą szkoły i wyjadą z Lubina.
Z drugiej strony pokrywa się to z ogólnopolskimi trendami: drastyczny spadek urodzeń oraz przewyższająca je liczba zgonów. Dodajmy do tego wyludnianie średnich miast, które pustoszeją na rzecz wielkich ośrodków miejskich typu Wrocław, Warszawa, Poznań, czy Gdańsk. Na tym tle wszystko przestaje wyglądać zerojedynkowo.
Wróćmy do Lubina. Po wejściu przepisów, w myśl których prezydent Raczyński nie będzie mógł kandydować ponownie na prezydenta miasta dotychczasowy włodarz musi zaplanować sobie przyszłość. Myślę, że nadal będzie chciał wpływać na lokalną politykę, na przykład już teraz promując kandydata na przyszłego prezydenta Lubina. Uważam, że dziś robi się wszystko, aby został nim Tymoteusz Myrda. Nie jest to teoria poparta jakimiś specjalnymi argumentami a raczej przeczucie, do którego ani się nie przywiązuję, ani nie mam zamiaru specjalnie go bronić.
A Raczyński? Zapewne korzystając z wiedzy i powiązań oraz rozwiązań, które dokonał przez lata myśli o zabezpieczeniu się na przyszłość.
I w tym momencie następuje zwrot akcji, bo przyjeżdża do Lubina redaktor Radosław Gruca z redakcji Gońca, który zrzuca bombę na miasto.
W odpowiedzi na materiał prezydent Lubina kontratakuje i zapowiada konsekwencje prawne wobec… w sumie nie wiadomo kogo. Gońca? Grucy? Internautów? Fejsbukowego profilu „Lubin dla Ciebie” udostępniającego materiały Grucy? Do końca nie wiadomo nic poza tym, że każdy kto powie coś na temat opublikowanych materiałów może spodziewać się pozwu. Klasyczny SLAPP.

Na razie mamy rozwijającą się w internecie pyskówkę, w której anonim ściera się z anonimem a każdy, komu zależy na jako takim wyjaśnieniu sytuacji i wyrobieniu sobie opinii, w pewnym momencie macha na to ręką i odpuszcza. Może o to chodzi, ale na światło dzienne wychodzą naprawdę niefajne rzeczy:
Tymczasem sprawa wydaje się poważna. Na tyle poważna, że szykujący się do wydawałoby się spokojnej emerytury Raczyński może boleśnie zderzyć się z rzeczywistością.
Obecnie żyjemy w sytuacji, w której światem wstrząsają ujawnione dokumenty tzw. afery Epsteina a polskie władze zapowiedziały zaangażowanie się w jej polskie wątki, choć decyzja legnickiej prokuratury badającej sprawę, w której pojawia się prezydent Lubina wydaje się wskazywać inaczej:
A przecież to, co pokazuje redaktor Radosław Gruca to nic innego, niż coś w rodzaju polskiej odmiany tej sprawy. I tu już robi się naprawdę groźnie, a lada moment sprawa może wymknąć się spod kontroli. Strony sporu już się utwardzają się w swoich stanowiskach, a pierwszy komu puszczą nerwy uruchomi lawinę, której nie da się powstrzymać.
Dlatego uważam, że prędzej czy później czeka nas widowiskowe domknięcie tej sprawy. Na szczęście nie muszę mieć w tej sprawie zdania. To zmartwienie tych, którzy już poszli na skróty i zaczęli wykorzystywać tę sprawę jako kolejny kastet w lokalnych potyczkach.