Może zaskoczę – to wcale nie jest takie proste. Trzeba chwalić ostrożnie, z uważnością. Jak saper.
Małe dzieci chłoną etykietki bez żadnych wątpliwości, bez zawahania. „Jesteś fajny, sympatyczny, mądry, miły” – słyszą i rosną w siłę.
Ze starszymi, czasem już w wieku 8-9 lat, jest większy problem, bo zaczyna się u nich samoocena niestabilna. Taka, co podważa to, co słyszy, a przede wszystkim wycofuje się w obliczu nie tylko porażek, ale i sukcesów. Wolą myśleć „mam potencjał”, niż powiedzieć „sprawdzam” i narazić się na błędy czy porażki.
Dlatego u starszaków chwalimy zaangażowanie, włożoną pracę i czas, wytrwałość, sprytne radzenie sobie, przede wszystkim zaś opieramy się na faktach. Fakty trudno podważyć, niż opinie mamy i taty.
A czy w ogóle chwalić, skoro pochwała może spowodować reakcję lekową, w której dziecko wycofa się, żeby nie narazić na szwank obrazu siebie i nas nie zawieść? Jasne, że tak!
My rodzice mamy zwyczaj zauważania głownie błędów. Nic w tym złego, tak jesteśmy skonstruowani jako gatunek, że uwagę przyciąga przede wszystkim to, co niedoskonałe, zagrażające, przeszkadzające.
Warto jednak zrobić wysiłek, bo pochwała ma potężną moc motywowania, znacznie większą, niż jakakolwiek nagroda. Buduje też pewność siebie, poczucie sprawczości, zmniejsza lęk przed porażką.


