najnowsze

Zobacz również

Wpadnij do kina Helios na „Krzyk 7”, który właśnie recenzujemy!

Parę lat czekania, wielkie oczekiwania i nadzieje. Jednocześnie dość spora szczypta obaw, bo zawirowania produkcyjne sprawiły, że „Krzyk 7” nie jest tym, czym pierwotnie miał być. Z głównej obsady zniknęły Melissa Barrera i Jenna Ortega, wróciła za to Neve „Sidney Prescott” Campbell, serce i dusza serii, której brak w szóstej części był w moim odczuciu skandalem (chociaż paradoksalnie nie wyszedł filmowi na złe). No i Kevin Williamson, oryginalny scenarzysta i drugi ojciec „Scream”, tym razem po raz pierwszy w roli reżysera. Czy to się mogło nie udać? No mogło.

Studio wreszcie dogadało się z Campbell (jakby mieli inne wyjście), która nie tylko wróciła, ale i dostała chyba najbardziej „ludzką” i rozbudowaną rolę w historii serii. Sidney wyszła za policjanta imieniem Mark (i nie jest to Mark Cincaid z „Krzyku 3”, jak wcześniej nam sugerowano, tylko inny facet o tym samym imieniu, przypadkowo wykonujący ten sam zawód…), granego przez Joela McHale’a, który zdecydowanie powinien pozostać przy komediach. Chcecie zobaczyć Sidney pogodną, śmiejącą się i żyjącą pełnią życia? To miła odmiana, chociaż bohaterka wciąż nosi w sobie ogromną traumę, a sielanka potrwa tylko chwilę.

Jak możecie się domyślać, akcja nie została osadzona w Nowym Jorku, ale też nie w Woodsboro, tylko innym małym miasteczku – Pine Grove (również w Kalifornii). Sid mieszka tam z mężem i dwiema córkami, w tym dorosłą Tatum, która dostała imię po najlepszej przyjaciółce z młodości. Tak, tej, która była młodszą siostrą Deweya i dziewczyną Stu oraz zginęła zmiażdżona przez garażową bramę. Oczywiście zabójca w masce ducha znów powraca i obiera sobie za cel Sidney i jej córkę. Czy to możliwe, że to ktoś z dalekiej przeszłości?

W teorii wszystko jest na swoim miejscu, ale jeśli podobnie jak ja kochacie tę serię całym sercem, kiedy po seansie opadną już emocje i zaczniecie analizować poszczególne elementy, wyłoni się z tego obraz najsłabszej części. I to wcale nie dlatego, że brak jej tętniącego, pulsującego tempa poprzednich dwóch odsłon. Nie, to nawet dobrze, że Willamson stara się oddać ducha części nakręconych przez Cravena, ale co za tym idzie? To w „Krzyku 7” mamy najsłabszą scenę otwierającą, której niezły wyjściowy pomysł został niewykorzystany. W ogóle morderstwom brakuje napięcia i ciekawego konceptu, a jak już twórcy próbują w gore by zadowolić fanów filmów Bettinelliego-Olpina i Gilletta, to wychodzi to groteskowo i głupkowato (vide zabójstwo w barze). To już chyba lepsze zwykłe „najntisowe” wymachiwanie nożem.

Obowiązkowo powraca też Courtney Cox jako Gale Weathers i… poza 1-2 scenami nie ma nic do roboty. Co gorsza, ściąga ze sobą bohaterów poprzednich dwóch części, rodzeństwo Meeks-Martin (Jasmin Savoy Brown i Mason Gooding), którzy… wypadają jeszcze słabiej i w ogóle nie pasują do całości. Pojawiają się jako fanserwis i kwiatek do kożucha, ale nie pomyślano o żadnej dobrej scenie dla nich.

A teraz najgorsze – to, co jest esencją „Krzyku”, również się nie udało. W „Scream 7” mamy do czynienia z najgorzej umotywowanymi mordercami w historii serii – najmniej wyrazistymi i w ogóle nieprzekonującymi. Nie chcę spoilerować, ale przy wyjaśnieniach można złapać się za głowę. Już chyba „Scooby Doo” robił to lepiej. Siódma część ma też najmniej tego słynnego gatunkowego i pokoleniowego metakomentarza, który wyróżniał praktycznie wszystkich poprzedników, co stawia go w jednym szeregu ze wszystkimi innymi filmami tego typu. A przecież zawsze chodziło o coś zupełnie przeciwnego!

Narzekam i narzekam na swoją ukochaną serię, ale coś tu się jednak udało. Neve Campbell wykonuje tytaniczną pracę, żeby unieść na barkach cały film i gdyby fabuła skupiała się tylko na niej i jej córce (Isabel May), to byłoby dużo lepiej. Twórcy bardzo silnie próbują też grać na nostalgii, przywołując bohaterów starszych części, ale czy spodoba się Wam sposób, w jaki to robią? Wiedziałem, że zwiastuny wodzą nas za nos, ale i te elementy fabuły to dla mnie pójście na łatwiznę i mimo wszystko spore rozczarowanie. Ale nie powiem, gdy znów usłyszałem znajome motywy muzyczne czy zobaczyłem przywodzące na myśl lata 90. ujęcia oraz inne pomniejsze mrugnięcia (zwróćcie uwagę chociażby na czcionkę w tytule) to było mi dobrze na duszy.

„Krzyk 7” to nie jest zły film. To jest po prostu nieudana część serii i pierwsze większe potknięcie we franczyzie liczącej równo 30 lat (!). I to pod wodzą osób odpowiedzialnych przecież za jej ogromny sukces. I właśnie to mnie zawiodło i zasmuciło. Widać, że film ten powstał na szybko, bez większego pomysłu na siebie, by ratować sypiącą się produkcję po odejściu reżysera i głównych aktorek i podejście z sercem nie było w stanie zasypać tej dziury. Ale idźcie, zobaczcie, nabijcie twórcom kabzę, żeby jeszcze mieli szansę w przyszłości się zrehabilitować. Ale to jest jednak żółta kartka i sygnał, że seria może zostać zarżnięta jak pierwsza lepsza ofiara Ghostface’a.

Jeśli zamierzasz wybrać się do lubińskiego Heliosa na ten film, zamów bilet w TYM miejscu.

Autor

  • Piotr Pocztarek. Zastępca Redaktora Naczelnego portalu "Movies Room", tłumacz, jeden z najbardziej znanych popularyzatorów twórczości Grahama Mastertona.

Recenzje Pocztara
Recenzje Pocztara
Piotr Pocztarek. Zastępca Redaktora Naczelnego portalu "Movies Room", tłumacz, jeden z najbardziej znanych popularyzatorów twórczości Grahama Mastertona.

Więcej od tego autora