Wpadłem do Juli tylko po wkrętarkę, a wyszedłem z zapiekanką.
Nie, no Lubiniacy wiedzą o jakim miejscu mówię. Kiedyś były tu ogródki działkowe.
Tam właśnie poznałem smak cudownie słodkiej i delikatnej białej maliny. Powiedziałbym, że to moroszka, no ale jednak nie.
Potem wyrosło tu Tesco, które po jakimś czasie upadło, a dziś jest tu izraelski BIG Lubin, który całkiem sensownie pobudował sobie sklepy, które i tak pewnie wkrótce padną, bo jest tam asortyment, który można bez problemu kupić w sieci.
No ale do brzegu. Jakiś czas temu z moją byłą Bardziej Niż Żoną namiętnie oglądalismy MasterChef i trafił się tam rodzynek z Polkowic.
Szybko odpadł, ale za to założył motobudę z zapiekankami o nazwie Polkowicka Zapiekanka, z której właśnie dziś skorzystałem. I co?
Oczekujemy od street foodowego żarcia Bóg wie jakich doznań smakowych, a tymczasem w zapiekance chodzi o to, by było w miarę smacznie, w miarę tanio i można by się było tym upierdolić.
Jak widzicie na zdjęciu powyżej, wybór jest całkiem ciekawy, ale weterani wybierają klasykę. A klasyka to w tym przypadku chrupiąca bagieta, ciągnący się starty na grubym oku żółty ser, pieczarki, a wszystko to polane keczupem.
Generalnie jestem niezadowolony. Bo było w miarę smacznie, dużo i chrupiąco za fajną cenę, ale niestety w temacie upierdolić się tym, to nie dowieźliście😉
Musicie bowiem wiedzieć, że tajemnica dobrej zapiekanki tkwi w tym, że koniecznie trzeba się nią pobrudzić.
No cóż, spróbujemy jutro, a wy pędźcie tam, bo naprawdę warto.

